Carpe diem czyli o momentach…

… do napisania tej notki zainspirowała mnie już jakiś czas temu Jula z szafatosi.pl

Ale długo się zbierałam bo zawsze coś… a własnie o czasie te notka. Jula pisze, o tym, że warto w życiu zwolnić. Odnosi się do notki z bloga www.thelightofday.pl którą również przeczytałam z zainteresowaniem. Pomyślałam trochę… trudno mi zwolnić. Bardzo trudno – w końcu jestem sama sobie sterem żeglarzem  i okrętem i jeśli chcę spokojnego, bezpiecznego życia bez strachu o odcięcie prądu czy co gorsza komórki (straaszne uzależnienie) to zwolnić za bardzo się nie da. Generalnie dzień cały jestem w ruchu, przemieszczam się szybko, wszystkie buty na obcasie są głęboko schowane, bo na płaskim wygodniej. I szybciej.

Zapisuję tylko coraz to nowsze wydarzenia w terminarzu, dopycham coś tu, coś tam… jak się okaże, że jakieś zajęcia odwołane to nie wiem co z tym czasem zrobić, zwykle przeleżę albo ucieka mi przez palce, myślę, ze mogłabym go jeszcze lepiej wykorzystać… I zwariowałabym w tym całym pędzie gdyby nie jeden, najprzyjemniejszy moment dnia. I nie jest to moment, gdy kładę się do łóża (ten zajmuje, zaszczytne drugie miejsce).

Najważniejszym momentem mojego dnia jest śniadanie. Jedyny czas w którym się nie spieszę, w którym celebruję każdy jego moment. I nieważne czy to 5 rano czy 10. Ok, trochę ważne, bo w weekend przeciągam śniadanie jeszcze dłużej. Uwielbiam jeść, szczególnie śniadanie. Specjalnie wstaję na tyle wcześniej aby na spokojnie je przygotować i na spokojnie zjeść. Siedzę sobie z kawą, świeżo wyciśniętym sokiem z pomarańczy i powoli budzę się do życia. Koniecznie musi być radio. To pierwsze co robię wchodząc do kuchni – muzyka… Podczas śniadania czytam sobie to czy owo i powoli nabieram sił aby przetrwać cały dzień. Nic nie daje mi tyle siły co śniadanie. I nawet nie jedzenie samo w sobie, ale ten moment. Dla niego warto wstawać.

Zdarzyło mi się kiedyś zaspać do pracy. Budzik odmówił współpracy, telefon się wyładował. Obudziłam się w momencie w którym powinnam być już w pracy. Ubrałam się i wybiegłam. I ten dzień był już do niczego, bo śniadanie konsumowane na szybko w pracy, bez momentu relaksacji to nie to.

Nie da się zwolnić całkowicie. Nawet bym nie chciała, lubię ten pośpiech nawet chwilami. Ale warto w życiu znaleźć ten moment, który nas uspokaja i wycisza. Ja znalazłam…

Opublikowano Życie codzienne | 3 komentarzy

Przyszła kryska na matyska…

tak sobie wklepałam w google to przysłowie, chociaż każdy je zna. No i generalnie dużo jest kary w tłumaczeniach owego. W sensie, że zasłużona kara spotkała matyska. Ja rozpatruję to w formie – przyszedł czas, to co było już się kończy…

Ale coby nie być tak tajemniczą. Może życie zmieni się od środy. J. przylatuje na stałe. Normalnie nie wiem czy bardziej powinnam się cieszyć, czy jak to ja, standardowo, powinnam być przerażona. Jak Scarlett O’Hara powtarzam sobie wciąż „pomyślę o tym jutro”. A to już w sumie pojutrze.
Nie tylko o tym myślę, jak Scarlett. Moje „to do list” każdego dnia robi się coraz dłuższa. Wczoraj miałam bardzo silne postanowienie, że wykonam przynajmniej połowę zadań z listy. I nie tylko postanowienie, ale nawet coś ważniejszego – chęć! I tu wkroczył Pan Bóg, czy też los, lub też karma i walnęła mi przeziębienie, lekko zlasowała mózg i jedyne co byłam w stanie to trwać w letargu, lekkim śnie, obejrzeć fragmentami August Osage Counry czy jakoś tak. I jeszcze odcineczek HIMYM już w kąpieli.
Dziś nie jest lepiej. Nie dość, że pobudka o 5 ( i tak przez miesiąc cały) to przeziębienie nie ustaje. I chociaż miałam mocne postanowienie (znów!!!), że będę chodzić na wszystkie angielskie w tym semestrze, to postanowiłam jednak dziś odpuścić. Wciągnęłam właśnie jakieś tabletki, zapiłam milionem kalorii w herbacie z malinami i liczę, że odzyskam chociaż trochę energii na rzeczy z listy.
I nie wiem co tu jeszcze pisać. Głowa mnie trochę boli, trudno mi się myśli.

Przede mną zmiany zmiany zmiany.
A co u Was??

Opublikowano Życie codzienne | 2 komentarzy

O alkoholu słów kilka.

Miałam robić zupełnie coś innego. Ale postanowiłam napisać notkę o alkoholu. Bo spędzam dziś z nim wieczór.

Spoko spoko. Żadne tam upijanie się i żadne duże ilości. Ot, dwie lampki wina bo źle mi. I właśnie o to chodzi.  Zrobiłam sobie dwa testy. Według obu – piję ryzykownie. I zdaję sobie z tego sprawę.  Pochodzę z rodziny alkoholowej, ten kto śledzi tego bloga od dawna, wie, że mój ojciec jest alkoholikiem. Od zawsze chyba. Wiem jak wygląda życie z alkoholikiem. Tym pijącym, mój ojciec nigdy nie przestał pić i nie mam wątpliwości, że nie przestanie.

Podobno w takich sytuacjach drogi są dwie – albo idziesz śladami rodzica i wpadasz w uzależnienie, albo stronisz od alkoholu.  Ja alko po prostu lubię. Smakuje mi. Smakuje mi wino, piwo i właściwie wszystko inne. Zdaję sobie sprawę jak działa alkohol i w jaki sposób uzależnia. Czy mi z tym łatwiej? Nie wiem.

Nie piję dużo (tak wiem, właśnie tak mówią alkoholicy). Ale tak jest. Rzadko się zdarza, że puszczam wszelkie hamulce. A jak już, to zwykle jestem u siebie, gdzie wiem, że jestem bezpieczna i nic mi się nie stanie. Ostatni raz wypiłam więcej niż powinnam w styczniu kiedy przyjechała do mnie Tereska. Wypiłam więcej niż powinnam, ponieważ nie wszystko pamiętam. A wcześniej? Nie pamiętam ;) Tzn nie przypominam sobie takiej sytuacji, moooże na moich 30 urodzinach poszalałam, czyli 1,5 roku temu.

Czyli jest lepiej bo w czasach późnego liceum/wczesnych studiów film urywał mi się przynajmniej raz w miesiącu. Teraz już syndrom dnia następnego jest zbyt dotkliwy i się kontroluję, bo po prostu nie lubię mieć kaca :) Ale podobno nie o ilość w uzależnieniu chodzi. Chodzi o to dlaczego i jak pijesz.

Pijam sama. Pijam bo to zdarza się rzadko. Ale jednak się zdarza. Chociażby dziś. Wracam zmęczona do domu. Jest późno. Pierwsze na co się natykam to wymiociny mojego kota. Trzecie w tym dniu. W pokoju zsikał się tymczas. Jest prawie 21. W mieszkaniu syf przeogromny. Kanapa i wszystko na niej śmierdzi moczem. Jestem zmęczona, głodna, ale muszę sprzątnąć jedno i drugie. I jeszcze kotu antybiotyk podać. Zapomniałam kupić probiotyku. Muszę na jutro napisać sprawozdanie. I jeszcze korki przygotować. Chce mi się płakać. Wszystko jest nie tak.

I wtedy właśnie przychodzi ta myśl. Muszę się napić. Nie dużo. Tylko tyle, aby zeszło ze mnie napięcie, aby się rozluźnić i przestać stresować. Otwieram barek, a tam napoczęte wino. Świetnie! Akurat tyle ile max mogę wypić, bo przecież jutro do pracy, więc nie ma opcji, że coś więcej. Wyciągam kieliszek, nalewam wino. Podnoszę do ust i spijam pierwszy łyk. Czuję jak alkohol rozlewa się w moim ciele. Czuję jak zaczyna w nim krążyć.  Czuję jak spływa po mnie spokój i ciepło. wiem, że to za szybko, żeby zaczął działać. To mój mózg. Ale i tak jest dobrze. Problemy wciąż są, ale już nie takie straszne.  Kolejny łyk. Zaczynam działać. Sprzątam brudne rzeczy, wstawiam pralkę. Kolejny łyk, mam więcej energii i siły. I kolejny. Zaczynam się uśmiechać.  Przecież to nie sa jakies wielkie problemy, zaraz dam i radę. Jest mi wesoło, fajna muzyka płynie z głośników, ma dużo siły i energii aby ogarnąć tej bajzel. Kot dostaje antybiotyk. Ogarnęłam. Tańczę.

A potem już tylko spać spać spać. Mój sen po alkoholu jest twardy. Nawet bardzo chwilami. I krótki. 5 godzin i budzę się totalnie wyspana. Normalnie oczy mi się kleją i marzę, nawet po 7-8 godzinach, żeby pospać jeszcze trochę i wciąż nie mogę się dobudzić. Po alkoholu jestem rześka, gotowa działać dalej. Dziwne.

Czasami opieram się jednak pokusie wypicia. Żeby pokazać sobie, że jestem silniejsza. Że moje nie oznacza nie. Dziś bez alkoholu. I daję radę. Czasami mówię sobie – dziś tylko 2 kieliszki likieru i koniec. I też się słucham. Rzadko tracę kontrolę nad piciem, a jeżeli już to świadomie, wiem, że mogę sobie na to pozwolić. Ale nie zapominam, że to nie jest ostateczne rozwiązanie. Jestem dość silna. Nie twierdzę, że na zawsze. Ale moją przestrogą jest mój ojciec. Nie chcę być jak on. Nie chcę moich porażek i  niepowodzeń zwalać na innych, nie chcę, aby to alkohol był ode mnie silniejszy.  To czego najbardziej nie lubię w moim ojcu, to fakt, że jest słaby. Nie chcę być słaba. To ja rządzę sobą, a nie nałóg. To ja decyduję o tym co tu i teraz. I mam nadzieję, że tak pozostanie. Oczywiście, ta cecha (ja mam kontrolę nad wszystkim) jest typowa dla DDA, wiem. Ale wolę w tę stronę.

No to zdrówko! ;)

Opublikowano Życie codzienne | 2 komentarzy

Walentynki srynki.

Sprawdzałam sobie w archiwum wpisy z lutego z poprzednich lat. Generalnie rzecz biorąc – łapie mnie jakiś kryzys o tej porze roku i wszystko widzę w czarnych barwach… W zeszłym roku J. wyjeżdżał z Polski i byłam zrozpaczona a teraz, pomimo tego, że tu wraca – jakoś nie skaczę pod sufit. Nie wiem dlaczego. Nie wiem czy to chwilowe czy stałe, i czy to normalne czy też jakaś anomalia. Nie zamierzam roztrząsać tu szczegółów, kto mi bliski ten wie, a kto nie to wie jak się ze mną skontaktować…  No ale generalnie dziwnie jakoś mi jest.

Ostatnio przeczytałam artykuł na temat samotności i lęku przed nią. Jak ludzie panicznie boją się być sami, nie potrafią zorganizować sobie czasu wolnego tak, aby spędzać go tylko ze sobą. Szukają towarzystwa, jakiegokolwiek, wychodzą z domu, byle tylko być wśród ludzi. A ja mam inaczej. Czasami zastanawiam się czy w związku z tym nie ma odchyłu w drugą stronę. Ja uwielbiam spędzać czas sama ze sobą, celebrować te chwile, zająć się książką, mieszkaniem, słuchaniem muzyki. I chociaż doceniam towarzystwo ludzi, nie stronię od nich, jestem bardzo otwarta – to jednak nic nie ładuje moich baterii tak jak bycie samą. I może to jeden z powodów dla których trochę obawiam się przyjazdu J.? Boję się, że nie będę już sama…  Z drugiej strony jednak – to co zauważyłam będąc teraz tydzień z mamą – bycie z drugą osobą bardziej napędza mnie do działania – chce mi się sprzątać, gotować, coś robić, gdzieś wyjść. Sama najchętniej zaszyłabym się pod kocem na kanapie z książka lub laptopem na cały dzień, a z drugą osobą – jestem bardziej żywotna. Myślę, że umiejętność przebywania ze sobą sam na sam jest ważna i dobra. Świadczy o tym, że czuję się sama ze sobą dobrze, i chyba lepiej dzięki temu rozumiem siebie i innych. Jakiś czas temu pisałam, że chciałabym w pełni zaakceptować siebie taką jaką jestem, nie czepiać się ciągle moich wad, tylko nauczyć się z nimi żyć, lub chociaż trochę zmienić to, co tak bardzo mi przeszkadza. Muszę przyznać, że całkiem nieźle mi to wyszło. Lubię siebie coraz bardziej, nie przeszkadza mi już tak bardzo moje lenistwo czy też brak zorganizowania, jakkolwiek udało mi się trochę te dwie cechy „osłabić”. Coraz rzadziej w moim mieszkaniu jest kosmiczny bałagan, coraz lepiej się organizuję, nie spóźniam, jestem zawsze przygotowana na zajęcia. Oczywiście nie jest to non stop, bo działanie na najwyższych obrotach non stop nie wyszło by mi nA dobre. Zrozumiałam już, że z racji mojej dość wytężonej pracy muszę sporo czasu poświęcać na odpoczynek, bo inaczej po prostu nie dam rady. Tylko jakoś trochę mniej życia we mnie od pewnego czasu i nie wiem czym jest to spowodowane. Może taka pora roku. Luty to nie jest przyjemny miesiąc.

No to tyle co mi w duszy gra. Dziś Walentynki. Żaden z tych dni nie został w mojej pamięci jakoś szczególnie zapisany. Może poza tym 12 lat temu, gdy będąc u kolegi – poznałam Pawła. To był fajny dzień, cieszę się, że do dziś mam z nim taką relację, pomimo, że tak rzadko się widujemy. Niech żyją telefony komórkowe :)

Jakieś plany na wieczór? Mnie zostało jeszcze pół butelki wina, ale najpierw przebiorę się w dresy, posprzątam w kuchni i odkurzę mieszkanie.

Mam też nowego tymczasa, ale o nim a właściwie o niej w następnej notce.

Opublikowano Życie codzienne | Skomentuj

Żeby nie było, że kolejna notka się nazywa filmowo…

… to sobie tytuł wydłużyłam. To może o filmach najpierw:

FRIENDS WITH BENEFITS
Dość przyjemna komedia. Lubię Justina (ojej, ale poszłabym na jego koncert!!!) i lubię Milę Kunis więc dobrze się oglądało, całkiem wartka akcja, na długą drogę w pociągu jak znalazł. To stary film, ale jeśli ktoś nie zna: dwójka przyjaciół ma dość związków i rozczarowań i stwierdzają, że jak już się przyjaźnią to i seks bez zobowiązań uprawiać mogą. Ale jak wszyscy wiemy – taki układ się nie sprawdza.

THE UGLY TRUTH
Kolejna komedia do pociągu. Nie chce mi się szukać obsady, Katharine jakaś tam gra i całkiem przystojny koleś. Generalnie film równie stary jak ten powyżej. W skrócie: ładna producentka poszukuje Pana Idealnego, ale ze względu na jej dość maniakalną potrzebę kontroli i wygórowane wymagania (hehe) wciąż jest singielką. I tu pojawia się nieokrzesany NieWiemJakMuNaImię, który miesza jej w głowie twierdząc, że prawda o facetach jest jedna i brzydka. No. Wiecie jak dalej bedzie…
RESCUE DAWN
Świetny film. Zanim napiszę o czym – warto go obejrzeć. I nawet odszukam aktorów. Amerykański pilot zostaje pojmany przez Wietnamczyków i trafia do obozu, gdzie spotyka więźniów, którzy pracują nad planem ucieczki. W roli głównej: Christian Bale.
THE PLACE BEYOND THE PINES
Ryan Gossling i Bradley Cooper plus Eva Mendes. Długi film, poważny, na trzy razy musiałam go brać, ale to chyba dlatego że było już późno. Ale bardzo mi się podobał. Akcja – Kiedy nieposiadający absolutnie nic Luke dowie się, że ma syna, zrobi wszystko, by zyskać rodzinę. Jego decyzje zmienią życie wielu osób…

DUE DATE
Kiedy pierwszy raz podeszłam do tego filmu – zasnęłam po 10 minutach,ale postanowiłam dac mu drugą szansę. i dobrze, bo całkiem przyjemny film na leniwe popołudnie. Jednakże, stwierdzam zd smutkiem, że nie ma już dobrych komedii… takich przy których łza się kręci w oku

DROGÓWKA
Wszyscy ciągle pytali czy widziałam, no to w końcu zobaczyłam. Dość dobre kino akcji, trochę momentami zbyt drastyczne i przepełnione przemocą, momentami nawet chaotyczne ale trzymające w napięciu. No i przekoloryzowane rzecz jasna, ale inaczej nie byłoby tak uderzające.

To tyle z filmów. Inne tematy kolejnym razem, teraz wykorzystuję wolny czas na porządki w domu :P

Opublikowano Życie codzienne | Skomentuj

Filmowo vol 2

Jutro do pracy na 7, jestem już w łóżku i właściwie powinnam spać, ale nie chcę zaniechać nawyku nowej notki co niedziela. Bo ja raz nie napiszę, to znów się przedłuży. Za mną kolejny tydzień chociaż ja mam wrażenie, że to był tylko ciut dłuższy weekend. Nie wypoczęłam tak jakbym chciała, nie wiem dlaczego, w sumie nie miałam nic do roboty… Obejrzałam kilka filmów, spędziłam czas z rodziną, odwiedziłam koleżanki. Niestety z braku czasu nie wszystkie, które chciałam i Pawła też niestety nie, za co serdecznie go przepraszam :/

Temat ten postaram rozwinąć w przyszłym tyg, teraz tylko dla przypomnienia co obejrzałam: FRIENDS WITH BEBEFITS, RESCUE DAWN, THE PLACE BEYOND THE PINES, DUE DATE, THE UGLY TRUTH, DROGÓWKA. I zaczęłam 8 sezon HIMYM

Idę zbierać siły na kolejny tydzień.

Branoc

Opublikowano Życie codzienne | Skomentuj