O wszystkim i o niczym

To chyba najdłuższy czas milczenia jaki miałam na blogu. To nie tak, że o nim zapomniałam czy coś. Myślę często, ale odnoszę wrażenie, że jego formuła się już wyczerpała, że chyba nie mam już nic ciekawego do napisania, może nawet do powiedzenia… Pisanie po raz kolejny, że jestem zabiegana, cierpię na niedoczas czy coś w tym stylu nie ma już sensu, napisałam to już przecież milion razy w różnych formach i  mogłabym się teraz tylko powielać. Pisanie co obejrzałam/przeczytałam – w sumie mogłabym, ale po pierwsze – zasypiam w trakcie prawie każdego filmu a potem dokańczam go na szybko, z czego nie jestem zadowolona i nie mogę z tym przejść do porządku dziennego, a po drugie – czy ktoś to w ogóle czyta? Czy piszę tylko dla siebie? Bo dla siebie pisze w pamiętniku.

I tak chodzę i myślę i się zastanawiam… przestać pisać całkiem? Pożegnać się? A może zacząć na nowo? Z zupełnie innej beczki?

Póki co nie doszłam jeszcze do żadnych wniosków, nie pojawiły się też w mojej głowie żadne pomysły na tyle sensowne aby je realizować. Innym powodem jest tez fakt, że ten blog czytają w sumie osoby, które mnie znają, nie jestem tu anonimowa. A po takiej przerwie – nie wiem nawet czy ktokolwiek tu jeszcze zagląda. Kolejna notka bedzie krokiem w jakąś stronę mam nadzieję.  Ale potrzebuję jakiegoś sygnału – że warto, nie warto… Co myślisz?

Opublikowano Życie codzienne | 3 komentarzy

Jak teraz nie dodam notki to będą już dwa miesiące odkąd milczę. I tym razem nie dlatego, że nie mam co pisać. Wręcz przeciwnie. Sama nie wiem dlaczego nie piszę, chyba nie wszystkim chcę się tu dzielić. Nagle zaczęło mi przeszkadzać, ze tylu znajomych o blogu wie…

Ale w skrócie – jest mi dobrze. Po okrutnym dole prawie nie ma już śladu. Wakacje przeleciały szybko i bezproduktywnie. Ani przez chwilę nie czułam się wypoczęta. W poprzednie wakacje, pod ich koniec, miałam tyle energii i zapału, że mogłam przenosić góry. A w tym roku bałam się powrotu… Wiedziałam, że po zdanym egzaminie będzie czekać mnie dużo pracy plus zmiana klasy.  Trochę mnie to przerażało nawet.

I nagle pod koniec wakacji moja ścieżka zaczęła się lekko prostować. Mały włos nie wystąpiłam w TV. Ale w sumie dobrze, że się tak stało. Jednak jakoś dodało mi to energii i wiary w siebie. A potem kupione bilety na ferie i ta pewność, że zmarnowane wakacje były po coś bo już w lutym polecę znów na Tajwan :) Planowanie i możliwość oczekiwania na coś dały mi nowej energii. Powrót do Poz, powrót do pracy i okazuje się, że jest tak fajnie, że wstaję codziennie z uśmiechem na ustach i nie przeszkadza mi nawet fakt, że jest 6 rano. Jeszcze temat pracy rozwinę w kolejnej notce, mam nadzieję :)

I właściwie to mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwa. W ostatnim czasie sporo o tym myślę i czuję się bardzo dobrze… oczywiście nie wszytko układa się tak jakbym chciała, życie osobiste mogłoby być ciut bardziej ułożone, ale i tak nie mam powodów do zmartwień. I oby wszystko szło w tym kierunku :) Na ten moment czuję się dobrze w mojej skórze, ze sobą taką a nie inną.  Nie wiem czy to oznaka dojrzałości czy może faktu, że jestem już po trzydziestce, ale nigdy nie czułam się tak dobrze ze sobą jak teraz. Ze swoimi wadami i zaletami. Nie znaczy to, że nie chcę się już rozwijać  i zmieniać. Wręcz przeciwnie. To dobre samopoczucie motywuje mnie by zrobić więcej i więcej :)

Totalnie pozytywnie.

U Was też?

Opublikowano Życie codzienne | Skomentuj

Czas przerwać milczenie

Czas przerwać milczenie.  Ostatnimi czasy trudno mi było zebrać myśli w głowie. Wciąż zresztą tak jest. Minęły już prawie dwa miesiące od ostatniej notki, a u mnie jeszcze nie tak jak ma być. Znacznie jednak lepiej i odnoszę wrażenie, że z każdym dniem coraz bardziej wracam do żywych.

Dość dużo wydarzyło się u mnie przez ostatnie czasy. Skończyłam remont… Ciągnął się dłużej niż w planach. Kiedy wydawało mi się, że już wszystko załatwione/ogarnięte i mogę w spokoju czekać aż pan Marek skończy – okazywało się, że coś nie pasuje/jest nie takie jak trzeba/nie dojechało do sklepu. I od nowa. Ale jestem z siebie dumna. Uporałam się z tym. I to sama. Oczywiście nie zupełnie sama, cały czas przekonuję się jak wielkie mam szczęście co do ludzi, których spotykam na swojej drodze… Każdemu życzę takich przyjaciół, sąsiadów. Przemiła moja sąsiadka, starsza Pani, która użyczała mi łazienki na ten czas. Łukasz, Ania, którzy pomogli, doradzili i wsparli… Nie wiem, co ja bym bez nich zrobiła…
Więc… remont za mną, wielkie sprzątanie też, uffff…

I jeszcze jeden powód do radości i zadowolenia z siebie – zdałam CAE! I lepiej niż myślałam nawet! Radość ogromna i satysfakcja, że pierwszy punkt mojego planu na życie zaliczony. Od września czeka mnie jeszcze więcej pracy, ale z każdym rokiem jestem coraz bardziej zahartowana…

Poza tym – lepiej mi samej ze sobą, wizyta u dobrego fryzjera działa cuda na samopoczucie, z cerą też znacznie lepiej, nie mówiąc już o tym, że w końcu się wysypiam a pogoda jak dla mnie wymarzona…

Za mną już cały miesiąc wakacji. Przyznam szczerze, co pewnie wprawi niektórych w oburzenie – nie odpoczęłam jeszcze i o dziwo, wciąż cierpię na brak wolnego czasu… Pierwszy tydzień spędziłam częściowo w pracy, częściowo załatwiając sprawy remontowe. Właściwie zero czasu dla siebie.  A 4 lipca pojechałam na weekend na wieś. Przytaczam tę datę bo ważna jest. Pojechałam na wieś, spędzić miły, ostatni weekend z rodziną przed wyjazdem mojego brata. Spakowałam już część rzeczy, zabrałam kota i wyruszyłam do Kutna, a stamtąd z bratem na wieś. Było bardzo przyjemnie, ale czas minął szybko, nastała niedziela i droga powrotna. Z bratem do Kutna a potem Poznań, tyle, że już bez kota, mama miała zabrać go w poniedziałek już do siebie.
Niedziela wieczór w Kutnie. W poniedziałek wcześnie rano wsiadam do pociągu do Poznania. Telefon od mamy, że nie ma kota. Uciekł. I to zapewne dzień wcześniej, bo okno tarasowe było otwarte.

Nie myślałam wiele. W Poznaniu przebiegłam z jednego peronu na drugi i w ostatniej chwili załapałam się na pociąg do Łasku. I jeszcze 50km samochodem. Poszukiwania kota. Włączyło się pół wsi (stawka wysoka – 0,7l wódki). Wyjechał Jerzy, wyjechała mama. Robotnicy skończyli pracę przy zakładaniu dachu.Właśnie wtedy znalazł się kot.  Szczegółów Wam oszczędzę. Ale byłam przeszczęśliwa…
We wtorek ruszyłam więc z kotem do Jastrzębia. A w środę do Poz. Wtedy zaczęłam liczyć przejechane kilometry w lipcu. Na ten moment mam ich 3600. W sierpniu będzie zapewne niewiele mniej…

Wróciłam więc do Poz. Wysprzątałam mieszkanie tak, że Perfekcyjna Pani Domu mogłaby jeść z podłogi. W niedzielę ledwo żyłam. W poniedziałek pół dnia w Ikei, ale wieczór za to przyjemny. We wtorek ostatnie porządki i pakowanie. W środę znów w SJZ. Tylko po to, aby za dwa kolejne dni ruszyć na wieś. A potem do Krosna.

Trudno wypocząć jak jest się w ciągłym ruchu. Potrzebuję tygodnia w którym nie muszę robić nic. Leżeć do góry nogami i mieć śniadanie do łóżka…

 

Tyle.

 

Opublikowano Życie codzienne | 1 komentarz

Kolejna notka tworzy się offline. Trudno mi się ostatnio skupić przy kompie. W ogóle ostatnio moja egzystencja (bo nazwać inaczej się tego nie da) składa się wyłącznie z ogarniania spraw bieżących. Tak łatwiej.

Wydawało mi się, że życie z kimś, generalnie posiadanie kogoś, czy to blisko, czy to daleko, a szczególnie daleko nie różni się od bycia samemu. Ba! Że nawet samemu to i lepiej bo „wolność i swoboda” (niech żyje!)
A okazało się, że jednak tak nie jest. Ża nawet jak był daleko – był cząstką mnie. Czasem bardzo wkurzającą, lecz zdecydowanie za mało przeze mnie docenianą. I kiedy tej cząstki zabrakło – poczułam pustkę. I żal. I smutek. Pomimo, że moje życie nie zmieniło się prawie wcale od tego czasu. Ale sam fakt posiadania go sprawiał, że czułam się bezpieczniej. Dziwne to. Nawet bardzo. Ale tak jest.

Nie wiem za bardzo co mam z tym zrobić. I póki co – nie robię nic. Potrzebuję czasu. Czasu na pogodzenie się z tym, że zegara cofnąć się nie da. Żeby przestać rozpamiętywać, bo jak ostatnio przeczytałam: są dwa dni w życiu w których nic nie możesz zrobić. nazywają się „wczoraj” i „jutro”. To powinno być teraz moją mantrą.
W ogóle ostatnio jakoś źle się czuję. Wychodzi ze mnie zmęczenie po całym roku pracy. Ten był najintensywniejszy ze wszystkich. Jakaś jestem taka niezadbana, pogorszyła mi się cera, włosów nie umiem ułożyć a ostatnio na domiar złego wyskoczyły mi na wardze trzy opryszczki, które niemiłosiernie mnie pieką. Pomijając fak, jak z nimi wyglądam.

A od poniedziałku zaczynam remaont mieszkania do którego jestem totalnie nieprzygotowana. Nie mam nawet wybranych płytek, wiem tylko co i gdzie ma być. No i mam fachowców. Mam nadzieję, że za miesiąc będę już mogła brać prysznic u siebie… a mój projekt na żywo będzie wyglądał nawet lepiej niż ten w głowie.

Przede mną też egzamin. Już w środę. Robię te testy – wychodzą tak sobie :/ Mam szansę to zdać, oby tak się stało. Nie mam siły się skupić, nie mam siły się uczyć. Mam po prostu doła. W tym przypadku też powracam do przeszłości i myślę jak wiele rzeczy powinnam zrobić inaczej.

Ale nic to. Koniec czerwca już blisko, moja glowa chociaż w części odpocznie…

Stay tuned,

Opublikowano Życie codzienne | Skomentuj

It’s a new day…

Zaniedbałam tego bloga strasznie, ale nie będę się tłumaczyć  i wyjaśniać. Większość osób z mojego otoczenia wie o co chodzi.

Początkowo planowałam  napisać tu o co chodzi. Ale zrezygnowałam. Nie chcę jeszcze raz przez to przechodzić. Generalnie wydawało mi się, że będzie łatwiej. Że skoro ja podjęłam decyzję o rozstaniu i byłam jej pewna, to po jego wyjeździe będzie mi lekko. A jest zupełnie odwrotnie. Sama sobie zgotowałam złamane serce. I muszę jakoś z tym żyć J Jeszcze nie wiem jak.

Wobec tego temat z innej beczki. 11 czerwca mam egzamin CAE. Czy jestem przerażona? Bardzo. Robię te testy i wcale nie jestem przekonana, że umiem więcej. Wręcz przeciwnie. Więc albo będzie dobrze, albo 600zł pojdzie się…. Hmmm… wiecie co. Ostatnio sporo mam takich wydatków. Pieniędzy wyrzucanych do kosza. Zmęczona jestem. Czekam na wakacje. Nie wiem czy to pomoże. Czy będę czula się lepiej. Ale przynajmniej się wyśpię. I ciut mniej problemów. Teraz możecie mi współczuć…

Opublikowano Życie codzienne | 1 komentarz

11 lat minęło…

… odkąd pojawiłam się tu po raz pierwszy. 11 długich lat.

Więc po długim milczeniu, spowodowanym nie tyle tym, że nie miałam czasu, bo pewnie czas by si,e znalazło, ale raczej tym, że nie chciałam pewnych rzeczy pisać publicznie. Nadal nie chcę. Jestem tu bo ta rocznica.

Chciałabym pisać więcej. ale zwyczajnie brak mi motywacji. A często i pomysłu bo nie chcę wciąż pisać o tym samym, jak to bardzo jestem zalatana i jak bardzo brakuje mi snu/czasu/pieniędzy czy niewiadomo co jeszcze.

Nienajlepszy u mnie ostatnio czas. Smutno mi bardzo, wiecie? Podjęłam decyzję, której nie jestem pewna, ba, nawet już wiem, że w zbytnim pośpiechu. Walczę sama ze sobą, nie wiem co robić. Momentami wydaje mi się, że mam 22 lata… a czasami czuję się jakbym miała 60. Nie wszystko umiem sobie poukładać, moje reakcje zaskakują mnie czasem tak, że już nie wiem czy to ja….

 

jakaś niepozbierana jestem dziś. Jak mi się wykrystalizuje coś mądrego to napiszę.

Albo chociaż coś co można zlepić w całość.

 

Sama Smitha ostatnio dużo słucham. Znacie?

Opublikowano Życie codzienne | 1 komentarz